niedziela, 21 sierpnia 2016

B.B. - Bąbeliada Boann.

W ubiegłą sobotę spotkaliśmy się po raz kolejny na Marcelinie. Boann wymyśliła dla nas Bąbeliadę. 
Godzina nie rozpieszczała - sobota 9.00 to dla niektórych środek nocy. A jednak...
Event w zamyśle był bąbelkowo - balonowy. Jak na wakacyjny czas i wyjazdy na miejscu zgromadziła się nas niezła grupka GEOzapaleńców. Boann przemyślała wszystko z detalami. Od babeczek i słodkości, przez napoje aż do rozgrywek w sztuce panowania nad bańkami. Założycielka eventu zarządziła formę triathlonową zawodów w myśl zasady „citius, altius, fortis” czyli "szybciej, wyżej, silniej".  Konkurencje były następujące: bieg z bańką ze startu wspólnego, chwytanie baniek na ilość oraz największa wydmuchana bańka.



Zwycięzcą bąbelkowych zawodów został tomek2102. Kolejne miejsca zajęli: Zuzialol i TomekZy.  

Zwycięzcy zostali udekorowani medalami a uczestnicy otrzymali zestawy do puszczania baniek. Klasa!!! Reszta niestartujących zajęła się dopingiem.
Zawodom towarzyszyły oczywiście geopogaduchy dla których nawet gdybyśmy wygospodarowali cały dzień to i tak by było mało. W okolicy roi się od keszy, więc uczestnicy korzystając z okazji co i rusz udawali się w kierunku lasu oraz pobliskiej górki by podbić licznik znalezień.

Na uwagę zasługuje okazjonalny logbook w kształcie oczywiście bańki. Dla odmiany szklanej.  Takiego jeszcze nie widzieliśmy. Dodatkowo Organizatorka przewidziała drewniaki z motywem wiadomo jakim. Bardzo cieszy również uczestnictwo w evencie najmniejszych geokeszerów, którzy zwyczajowo wyszalały się w towarzystwie wiernych nam czworonogów (Bonity i Frodo - porywających cyklicznie z kocostołu słodkości). 

Na koniec zacytuję Agnieszkę z Aune92Team, ktora w logu pod eventem napisala:
 "...bańki mydlane - znak firmowy dzieciństwa i wrota do krainy wyobraźni...".
dziękując Boann
za możliwość uczestnictwa 
udash
sześćdzisiątydziewiąty 

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

GEOpyra w Czecho-Słowacji

  TATRY - Kotlina Kłodzka




7 sierpnia (niedziela):
W zasadzie nic ciekawego. 23.45 pakujemy graty, siebie i dwa rowery do pociągu relacji Poznań - Zakopane by nazajutrz dotrzeć do podnóża Tatr. 

8 sierpnia (poniedziałek):
Na dworcu (9.00) w Zakopcu umówione spotkanko z Tomkiem i Jego Mamą, ceremonialnie przykazanie flagi GEOpylandii i kawka po słabo przekimanej drodze. Kierujemy się pod jebitną górę ku Morskiemu Oku i przejściu na Łysej Polanie. Przed nami dobrych 40 km pod górę a obciążeni jesteśmy jak smoki (każdy sakwy i jeszcze wór z namiotem i innymi udogodnieniami, który trzeba ciągnąć ze sobą - nigdy nic nie wiadomo).


Jak widać na focie odnajdujemy całkiem zacne miejsce na zupę czosnkową i browar. Kierujemy się na Słowacką stronę Tatr by pokonać podjazd pod Strybske Pleso - najwyższą wiochę w tamtych górkach. Na obwodnicy tatrzanskiej robimy przystanki by troszkę pokeszować. Wszystko w kordach i dzięki kolejnym "celikom" najtrudniejsza wspinka na trasie podróży idzie jak po maśle. Od kesza do kesza pod górę aż do awarii łańcucha który sie po prostu skręcił. Zakup nowego nie przynosi rezultató. Konieczny okazuje się zjazd do popradu (13 km z górki) i bez pedałowania by w jednym z serwisów założyć nowa kasetę na tył. Trudno. Pociągiem podjeżdżamy do miejsca przerwania trasy by znaleźć nocleg na posesji byłego słowackiego kolarza. Oczywiście jak fart to fart bo nocleg znajdujemy za wstawiennictwem barmana. Klasyk. W 10 minut i trzymamy w rękach klucze do mieszkania. Po 84 km zasypiamy jak stonki.

9 sierpnia (wtorek):
Rano budzi nas starsza pani pielęgnująca rabatki. Pogadalim, kawy napilim i w drogę. Podjazd pod Strybske Pleso nie należał do najłatwiejszych. Ukoronowanie stanowił poziom jeziora z którego widzimy panoramę na południową część najwyższego pasma w tym rejonie. Rysy i Krywań na wyciągnięcie ręki a my na rower i w dół do Liptowskiego Mikulasza - całe 35 km ostrej jazdy z całej epy z góry.
Po drodze oczywiście keszowanko czyli wyciąganie piskląt z budki dla ptaków. Jeden z fajniejszych keszy i bardzo ale to bardzo starannie wykonany. FAV jak malowany. Lądujemy na noclegu u przemiłego Słowaka - odpala nam naleweczkę i daje dyspensę na balety. Rano trzeba wstać. My nie odpuszczamy i idziemy na browar czyli jak codzień.

10 sierpnia (środa):
Kierunek Milówka. 80 km w strugach deszczu z przerwami na ciepłą herbate w przydrożnych knajpach. O zupach czosnkowych nie wspomnę. 
Tutaj odpuszczamy keszowanko. Wszystko mokre a wyciągnięcie nawigacji oznacza zalanie telefonu. Nawigację mam wgraną na twardy dysk w głowie. Kilometr za kilometrem, kałuża za kałużą. Nie odpuszczamy bo prognozy są bardzo niepomyślne i wiemy, że i tak zmokniemy. Głodni, zziębnięci i całkowicie wyczerpani pałaszujemy KWAŚNICĘ w hotelowej restauracji. Brawa dla kucharek. To wszystko co o kwaśnicy  mówią to prawda - kwaśna, na baranich żeberkach i z pyrami!! Misia na wspomnienie dzisiejszej pogody trzęsie się jeszcze jak galareta.

11 sierpnia (czwartek):
Dopadamy rano rowery i korzystając z ładnej pogody wbijamy się do Koniakowa - najwyżej położonej wiosce w tej części Polski. Trzeba zakeszować!!! Pod kościołem w Koniakowie, w czasie krótkiej przerwy zdobywamy cennego kesza. Cennego, bo.... ŚLĄSKIE zdobyte!!!!! Znów kolejne województwo na mapie kraju zapala sie na zielono. Złota odznaka PTTK coraz bliżej. Jeszcze kilka wycieczek i będzie w zasięgu ręki. 
Tego dnia robimy maksa maksów czyli 146 km z sakwami po górskim terenie. Kto jeździ ten wie jaki to koszt. Opava, w którą celowaliśmy, okazuje się pustynią noclegową i po kilkugodzinnym poszukiwaniu wracamy do iluś tam gwiazdkowego najdroższego lokum w mieście.

12 sierpnia (piątek):
Tego dnia robimy 105 klocków po okolicach Ostravy w kierunku zachodnim. Po wczorajszej przecierce idziemy jak kuny chwytając każdy oddech podwójnie. Góra, dół, góra, dół, góra dół. Nudno ale i najbardziej malowniczo. Celem jest Stumperk skąd pozostaje nam na drugi dzień do zrobienia jakieś 40 km do Kralik gdzie zamierzamy zakończyć podróż. Oczywiście w przerwach między podjazdami trafiamy kolejne skrzynki.


Lokujemy się w pensjonacie "Na Chałupkach". Rodzinna atmosfera z dobrą kuchnia w tle rozleniwia nas do zera. Spożywamy wieczornego browara, utopence (marynowane parówki), grilovany harmelin (ichni ser) i kożlinę. Rarytasy.

13 sierpnia (sobota):
Tu sprawy nabierają tempa a to za sprawą konieczności znalezienia się w ekspresowym tempie w miejscowości Kraliky gdzie dwa lata temu zakończyliśmy swoją podróż ze Zgorzelca tamże. Około 13.00 przekraczamy rogatki Kralik po 40 km walki o oddech. Tu na rynku przybijamy z FKą pionę!!!! Ta piona ukonstytuowała zamknięcie południowej granicy Polski. Dla niewtajemniczonych powiem, że nasze coroczne tripy maja na celu objechanie Polski dookoła. Odcinek od Zgorzelca do Przemyśla został pokonany!!!
Cel podróży połowicznie został osiągnięty i lądujemy na dworcu. Teraz czas na muzyczne przygody. 

Drugim celem naszej wycieczki był koncert czeskiej metalowej grupy NANOVOR, którą widzieliśmy dwa lata temu w okolicach Polic. po tym co zaprezentowali dwa lata temu na scenie w tym nie może być gorzej.
Musimy się teraz teleportować ponad 100 km co czynimy za pomocą vlaka (pociągu). Konduktorzy, obsługa pociągu, panie w kasach i wszyscy inni pomagają nam jak mogą kombinując ile wlezie by wysmyczyć najlepsze dla nas połączenie kolejowe do wsi Vrsovka - miejsca koncertu i innych magicznych rzeczy. Wieczór zapowiada się zacnie. Szybka kąpiel w hotelu i jeszcze tylko 5 km by usiąść na festiwalowej trawie.
O godzinie 19.03 zajeżdżamy na miejsce. To zupełnie inne miejsce grania niż w Polsce. Publikę stanowi zazwyczaj kilkudziesięciu czeskich metali, którzy wraz z wybrankami brykaja wesoło pod sceną. Zazwyczaj bryka jedna, góra dwie osoby. Tak bawią sie czesi - bez oporów i z całego serca. Zespół grał 7 godzin wszystko co w repertuarze mają: Led Zeppellin, Deep Purple, AC DC, Iron Maiden, Manowar i inne topowe dla nas bandy. Po pierwszym godzinnym secie idziemy przywitać się z chłopakami. Jirka Kejzlar, wokalista, poznaje nas od razu bo zapowiedzieliśmy kilka tygodni temu nasz przyjazd. Patrzy z niedowierzaniem bo chyba dotąd wątpił w naszego tripa. Udało się: stajemy oko w oko z zespołem na scenie po sześciuset pokonanych kilometrach. FK oczywiście zaczyna wszystkich całować. 
Drugi set rozpoczynają od przedstawienia nas ze sceny, wytłumaczeniu kamratom sytuacji rowerowej i dedykują nam, a jakże, "Born to be wild" i "Highway to hell"!!!! Dość komponujące się z naszą wyprawą tytuły. Czesi zaczynają nas inaczej postrzegać przychodząc i częstując dobrami wszelakimi bo do tej pory patrzyli jak na przybyszów z Matplanety. Bawimy się tak do 2.00. Tańce wolne z dwulatkiem na rękach pod sceną to tutaj standard.
Najmagiczniejszy wieczór muzyczny jaki miałem okazję spędzić. 


14 sierpnia (niedziela):
Pokonujemy jeszcze 20 kilometrów przez Nachod do Kudowy, potem jeszcze Kłodzko, Wałbrzych i Wrocław by finalnie wylądować w Poznaniu późno w noc. Serdecznie dziękuję eFce za towarzystwo i wytrwałość, dwóm rowerom z nienaganną jazdę a chłopakom z Nanovoru dalszego grania przez długie, długie lata. 
Czechy są wspaniałe!!! Było warto.
udash
sześćdziesiatydziewiąty

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Rowerem przez Królestwo Niderlandów.

 




Goedemorgen Aardappelen !




     Moja przygoda z depresyjnym krajem zaczęła się w czerwcu. Pierwszym wyzwaniem było znalezienie towarzyszy do poszukiwań. Długo czekać nie musiałam – słuchając mojej opowieści z wspólnego ze sławnymi już GeoPyrkami wyjazdu na MRU i oglądając nasze zmagania na pamiątkowym filmie – zaraziłam pomysłem na spędzanie wolnego czasu – szyggsi. Kolejną moją "ofiarą" padła Ewka, która to w młodości działała w szeregach OC (oj te czasy już nie wrócą) a GC zyskało nowego członka załogi – papadarcie. Kolejnym problemem było znalezienie taniego środka transportu, ale i tu się udało. Razem z papadarcie możemy się pochwalić typowo holenderskimi jednośladami…


Będąc w Holandii czasem bardzo długo trzeba czekać by móc wyruszyć  na keszowanie rowerem…Kiedy w końcu przestaje padać, a słonko wyłania się zza ciemnych chmur, nie ma co się ociągać. Czas start!. Lipiec okazał się całkiem przyjazny, razem z Ewką, godząc pracę, pogodę i chęci udało nam się pięć dni pobuszować po pięknym terenie, pełnym niekończących się ścieżek rowerowych, wiatraków, kanałów i rzek. W sumie wykręciłyśmy ponad 250 kilometrów i znalazłyśmy około 50 skrzyneczek. W naszym bilansie znalazły się też DNFy, 
a największą porażką okazały się mulciaki – z trzech „przetłumaczonych” ani jednego nie udało się przejść do końca…no cóż może holenderskie myślenie różni się od naszego, któż to wie?!
 


 


Dobrze, że "tradycyjniaki" się nas nie boją i chętnie logują przybyszy z Polski. Ku wielkiemu zaskoczeniu maskowania nie różnią się zbytnio od naszych wielkopolskich, choć typowe pety są w innym kształcie niż te nasze…Czasem podpowiedzi dawały do myślenia, ale chyba właśnie o to chodzi żeby bawić się słowami…Zdziwieniem były jedynie szklane pojemniki, głównie słoiki – hehe czasem ciężko je się otwierało...








 Kończąc moją krótką relację pozdrawiam wszystkie GeoPyrki – do zobaczenia we wrześniu na II urodzinkach…Już nie mogę się doczekać !



 

  
 Groeten,
Tot ziens in september !


jolekka





piątek, 29 lipca 2016

WWalenciak rusza za Atlantyk

Keszowanie 8 000 km od Domu ! Moja wyprawa do USA była zapowiedziana już kilkanaście miesięcy wcześniej... Nie mogłem się doczekać! Myślałem jak będą wyglądać skrytki, lepszej czy gorszej jakości niż w Polsce? Jak się okazało większość skrytek była w 100% lepsza...



Na samym początku przygody szukaliśmy ich w Warszawie. Znaleźliśmy 7 skrytek, były to proformy pet. Następnego dnia juz lecieliśmy do New York! Nasz hotel znajdował się w samym sercu New York! Dużo zwiedzaliśmy.
 
W ciągu 5 dni znaleźliśmy 10 skrytek. Jakość skrytek znalezionych przeze mnie jak już wspomniałem była w 100% lepsza! W sobotę wylecieliśmy do Toronto w Kanadzie. Odwiedziliśmy wodospad Niagara. Woda była wszędzie! Tym razem poranne keszowanie w okolicach hotelu w Toronto. Znaleźliśmy 3 skrytki. W ostatnim mieście naszej podróży (Washington) znaleźliśmy 7 skrytek. Tam najbardziej podobał mi się Biały Dom ! W całej podróży znaleźliśmy łącznie 27 keszy ! Wycieczkę uważam za udaną w 100% ! Dziękuję Piotrowi za pomoc w graniu map do GPS! Bez ciebie Piotrze bym sobie nie poradził! 

WWalenciak

wtorek, 26 lipca 2016

Włóczykije Piknikują z Wikingami.


Sobota, 23 lipca, godz. 14.30 - "Dzień Włóczykija"

Wreszcie oto nadszedł długo wyczekiwany 23 lipca, czyli dzień eventu „1970’s Summer Picnic” autorstwa Suavis&Jaroda. Ale zanim przyszedł czas na piknik, musiałem też się pojawić na „organizowanym” (w końcu tylko wydrukowałem logbook) przeze mnie krótkim spotkaniu z okazji Dnia Włóczykija. Oczywiście akurat tego dnia komunikacja miejska musiała odmówić mi współpracy, więc dotarłem na swój własny event 15 minut spóźniony… :) Z tego powodu ominęła mnie spora część geopogaduch (odbiłem sobie na pikniku), ale trudno… Potem wpisy do logbooka i jeszcze chwila rozmów - i tak wybiła godzina 15:00. Wtedy większość osób udała się na przygotowania do pikniku, a my skromną grupką w składzie: CopernicusHigh i pkubiak ze Śląska, Krzychu CMG z Mogilna i ja (tomek2102) z Poznania udaliśmy się na krótki spacer po północnych krańcach Dębiny i podbój okolicznych skrytek. :) 


Szkoda, że spacerowiczów nie było więcej (w końcu to był główny temat eventu), ale z drugiej strony trudno mieć za złe nieobecność takiemu PGC-Team, który ten czas wykorzystał na ubranie się w ich czadowe stroje z lat 70. na piknik Suavisów! :) Wracając do spaceru- upłynął nam on w przyjemnej atmosferze rozmów i podejmowania kolejnych skrytek. Przy okazji dowiedzieliśmy się z Krzychem co nieco o śląskim geocachingu oraz opowiedzieliśmy trochę o Wielkopolsce i Kujawach naszym towarzyszom z Katowic. ;) A potem ruszyliśmy prosto na piknik….

Tomek dwatysiącestodrugi

 --------------------------------------------------------------------------------------


Sobota, 23 lipca, godz. 16.00 - "1970's Summer Picnic"

Tu, w zasadzie,  zamiast tekstem można by się posłużyć zdjęciami autorstwa Falbi i na tym zakończyć. Kolorowo, oryginalnie, bajecznie, odjazdowo, smacznie i gościnnie. Tak by w skrócie wyglądał Summer Picnic edycja 2016. Słowa uznania należą się jednak Założycielom eventu.
Organizatorami spotkania była dobrze nam znana para poznańskich skrytkoszukaczy: Suavis i Jarod. To już druga edycja Ich pomysłu. W zeszłym roku bawiliśmy się w strojach z lat pięćdziesiątych na poznańskiej Cytadeli. Impreza tak się spodobała, że Twórcy postanowili po raz drugi przebrać innych i pocieszyć się wspólnie na łonie natury ale dwadzieścia lat później. Wybór miejsca padł na park przy Drodze Dębińskiej. Trafnie. Wkoło kilka skrzyneczek zachęcało do puszczenia się w teren. Nie ich szukanie nam było jednak w głowie a wspólne weekendowanie.

Na polanę dotarliśmy pierwsi razem z FK69, Tymonem, Dawidem i Wantskym zasadzając sztycę flagi idealnie na kordach (+/-0,16 m). Kierunek od tej chwili widoczny był dla wszystkich nadciągających z daleka: hipisów, tych w eleganckich kreacjach  i przekupek. Punktualnie o 16.00 była nas już całkiem spora grupka i wciąż się powiększała. Z minuty na minutę polana zapełniła się (ku uciesze gapiów) GEOpyrlandczykami wystrojonymi zgodnie z ideą eventu w stroje z epoki (na samym dole posta znajdziecie cały skład naszego party). 

Organizatorzy jak zwykle poukładali klocki w odpowiedni sposób spinając w całość kulinaria i rozrywkę. Skoro jesteśmy przy smakołykach to na uwagę zasługują lody osobiście "wysmyczone" przez Suavis (banan, wanilia, coca-cola i mięta). W sklepie takich nie znajdziecie. Na kocach znalazły się również Oranżady z epoki a sprawę przypieczętowała Koliber zjawiając się w stroju przekupy z Łozorza niosąc wiklinowy koszyk pełen jajek na twardo. Klasa!!! Konsumowali wszyscy pochłaniając po dwa na raz (od razu przypomniały mi się dłuuuugie podróże pociągiem relacji Poznań - Warszawa z zapachem kanapek i jaj "na twardo" w tle.
Do takiego wehikułu czasu mógłbym wsiadać codziennie.
Popis tańca disco dała FK69 zgarniając kolejna z przygotowanych nagród.
Stroje? Cóż. Obok wyobraźni geokeszerów można by postawić znak nieskończoności. Organizatorzy urządzili m.in. konkurs na najlepsze przebranie. Kandydatów było kilku ale tajne głosowanie wszystkich uczestników jednoznacznie wskazało na Igiego z PGC Teamu, którego zdjęcia prezentuję poniżej. Podobno rozkochał w sobie kilka niewiast. Tyn mo dryg.


Lata 70' ubiegłego stulecia to dla niektórych z nas lata już dorosłości, niektórzy się wtedy rodzili a inni za lat 30 kilka mieli dopiero się na tym świecie pojawić. Geocaching łączy jak widać pokolenia i każe cieszyć się nam kolejnym przeżytym dniem i kolejną znalezioną skrzyneczką. Oby jak najdłużej. Sto lat!!


Końca eventu nie mógł się doczekać jedynie Leito w rurkach, który twierdził, że mu się tak wpiły, że nie uciągnie do finału. Siłą woli dotrwał. Podobno do dziś je ściąga. Ale o tym ciii....

udash
sześćdziesiątydziewiąty

--------------------------------------------------------------------------------------

Niedziela, 24 lipca, godz. 16.00 - "Szachy Wikingów"
 



Po bogatej eventowo sobocie, przyszedł czas na niedzielę i ostatnie spotkanie tego weekendu- tym razem na os. Przyjaźni zebraliśmy się, aby pograć w tajemniczą grę o nazwie Szachy Wikingów. :) Event znowu był organizowany przeze mnie, czyli tomka2102 (nie planowałem organizować dwóch eventów w jeden weekend, ale jakoś tak wyszło…). Na szczęście wszystkie „materiały” miałem w domu więc sobie poradziłem. Krótko przed spotkaniem trochę postraszył nas deszcz, ale na szczęście o 15:50 odpuścił i na event pogoda była już dobra. Powoli wszyscy zaczynali się schodzić (pojawiło się nawet więcej osób niż „łilatendów”) i mogliśmy zaczynać grę. Podzieliliśmy się więc na dwie grupy, ponieważ Zuzialol także przyniósł swój egzemplarz Szachów (Dzięki!), i zaczęliśmy grę. Mimo minimalnych różnic w zasadach gry, obydwie grupy bawiły się bardzo dobrze a po chwili ćwiczeń nawet zaczęli trafiać w cele! :) W międzyczasie były też wpisy do tematycznego logbooka i skromny poczęstunek ciasteczkami. Po rozegraniu kilku(nastu?) partii w Szachy, przyszedł też czas na zwykłe pogaduchy i grę w piłkę. No właśnie… Tutaj zdecydowanie prym wiódł Frodo- pies Zuzialola. :) Udashowi zostawił na twarzy pamiątkę po swoich zębach (nie pytajcie, jak to zrobił bo nie uwierzycie),  a Igiego z PGC-Team ostro sfaulował podczas jednego z biegów po boisku. ;) Na szczęście nikomu nic bardzo poważnego się nie stało (chociaż było blisko…), a pieskowi chyba wybaczono. 


I tak, około godziny 17:30, event zakończył się na dobre i wszyscy pojechali do domów lub po kesze. Wielkie dzięki za przybycie i za to, że większość z Was mogła zostać dłużej niż regulaminowe 30 minut. Mam nadzieję że dobrze się bawiliście, a ze swojej strony mogę zaprosić na kolejne takie eventy- niestety na razie w bliżej nieokreślonej przyszłości… ;)

  Tomek dwatysiącestodrugi
 
Ps udash'a:
skończyło się na wizycie w szpitalu, niedowierzaniu lekarzy, ostrej polewki pielęgniarek i zastrzykach. Nie codziennie pies gryzie pacjenta w głowę. Do Froda nikt pretensji nie ma - wypadek przy pracy. Gdybym się nie jechał na łyso prawdopodobnie nie pomyliłby głowy z piłką, też skórzaną. 
Brawo Suavis, brawo Jarod, brawo Tomek!!!! Dziękujemy Wam za weekend!!!!


piątek, 15 lipca 2016

Krakus w Poznaniu.

Ten sezon obfituje w dużą serię spotkań. Bardzo dobsz. W tym tygodniu zwołał geopyrlandczyków krakowski geokeszer semaprint na Starym Rynku (nie wiem jak Wy ale ja bywam na "starym" tylko na eventach w zasadzie). To już drugi event w ostatnim czasie. Pierwszy miał miejsce w kwietniu tego roku. Na zeszłe spotkanie nie zdążyły dojechać woody ale za to tym razem każdy uczestnik otrzymał takiego jak prezentuje zdjęciu. Pogadaliśmy z Organizatorem co u Nich w terenie piszczy, kto gdzie był i co odwiedził, wymieniając się ponadto doświadczeniami. Semaprint z ciekawością wyciągał od nas co w Wielkopolsce godne polecenia. BTW dowiedzieliśmy się o o większym wydarzeniu szykowanym przez Małopolskę w pierwszy weekend września. Wydarzeniu towarzyszyć będzie kilka imprez okołokeszingowych. Szczegóły TUTAJ. Czyli Małopolska się bawi tydzień przed naszymi urodzinami wypadającymi na 11-go września. Nasze szczegóły z kolei TUTAJ 


Bardzo miło było zobaczyć uśmiechnięte twarze Geopyrlandczyków, których przybyło ponad dwudziestu. Suavis, Boann MStachul&Dorothy Aune PGC Semaprint ventorinurek bartas.pl Valentin Zuzialol piotrjot piotrmichal Gammera Leito Kuna&Kocu i WWalenciak z Mamą - dziękujemy za towarzystwo. Krakusom się kłaniamy za organizację (ciekawe czy kibice Wisły czy Cracovi)??
Do zobaczenia na trasie!!
udash
sześćdziesiątydziewiąty

poniedziałek, 4 lipca 2016

Spotkajmy sie w Pszczółkach - event z ulem w tle.


Druga niedziela wakacji zapowiadała się kolorowo. W końcu mój pierwszy organizowany event. Nie może być źle. Czas płynął i z kwietnia zrobił się czerwiec. Event za pasem, a ja czuję coraz większy stres. Czy wszystko mam? Czy dojdą drewniaki?




Nadszedł 3 lipca – dzień zero. Stres ponad poziomem maksymalnym. Ale nie można już odpuścić. Wszystko, co potrzebne, zakupione wczoraj, tyko drewniaki utknęły w Poznaniu w Inpoście. No nic – mówi się trudno. Event się bez nich obędzie.
Na miejscu byłem jako pierwszy (przynajmniej był czas, żeby obeznać się w terenie i przygotować się do przybycia innych). Chwilę później pojawił się bartas.pl, a potem cała chmara geokeszerów. W śród nich: Suavis z Jarodem,  mstachul z Dorotką i córką, udash z FKą i dziciakami, palucela i ruszard z Ulą, leito z 87kari i mugolami, DestrojEmAll z RymMili i 8miesięcznym niemowlakokeszerem, a także valentin02, Gammera, Fidellino, PGC-tim i Maczuga Herkulesa Tim, duck-alePL, malanna, YoloPrzemolo, wiechlina i rajgras. Chwila na pogaduchy, wpisanie się do logbooka i zebranie pieniędzy, a potem zwiedzanie. A właśnie, nie pisałem gdzie był event -  otóż spotkanie miało miejsce w przepięknym Skansenie Pszczelarstwa w Swarzędzu. Tak więc zwiedzaliśmy część muzealną skansenu. Pani przewodnik opowiadała o tym jak żyją pszczoły, jak się je hodowało kiedyś, a jak dzisiaj. Wielu z nas dowiedziało się ciekawych rzeczy na temat tych małych, żółto-czarnych owadów (choć jak się okazało, pszczoły mogą być też fioletowe).

Po zwiedzaniu przyszedł czas na posilenie się. W tym czasie pojawili się także spóźnieni  me_who i piotrjot. Na szczęście nie zabrakło kiełbas, a kolejka ciągnęła się chyba w nieskończoność. Powiedzieć można tyle – jedli wszyscy, nawet wegetarianie. Po jedzonku szybka eventowa fota i część ludności zaczęła się rozchodzić. Jeszcze tylko aktywacja bonusu PWGS, na który czaił się Team Maczugi wraz z Przemkiem i Michałem, i do domu.

             
Dzięki wszystkim za przybycie. Nie spodziewałem się tak dużej ilości osób. Mam nadzieję, że event się wszystkim podobał i następnym razem spotkamy się w jeszcze większym gronie.

Już odstresowany
Xiankowaty01


P.S. Eventowych drewniaków dla tych co byli na pewno nie zabraknie. Będą czekały tak długo, aż się spotkamy.