poniedziałek, 26 września 2016

CITO Dziewicza Góra 2016


Sobota, wcześnie (jak na sobotę) rano :-) pobudka - szybkie pakowanie i w drogę na Dziewiczą Górę, gdzie o 10.00 rozpocznie się event CITO. Niebo zachmurzone - rzut oka na prognozę pogody - kiepsko. Ma padać. Ale jakoś specjalnie nawet się tym nie przejmujemy, bo przecież na evencie ma być Gammera - a jak on jest, to pogoda jest ładna. I tym razem również się to sprawdziło :-)

Docieramy na miejsce trochę przed dziesiątą. Chmury nadal zasnuwają niebo, ale Gammera czeka już na nas i je przegania. Pomaga mu w tym danimak1. Szybko rozkładamy logbook i czekamy na resztę. Mija kilka chwil i pojawiają się wszyscy po kolei. Starzy znajomi i nowe twarze. Do naszego geogrona dołączają również mugole, którzy też zapragnęli dzisiaj pomóc trochę naturze. Zbiera się całkiem pokaźna ekipa.

W międzyczasie witamy się z Karoliną z Nadleśnictwa Łopuchówko. I w tym miejscu chcieliśmy jeszcze raz serdecznie podziękować Nadleśnictwu za wkład i zaangażowanie w organizację spotkania. To dzięki niemu mieliśmy rękawiczki i worki, a po pracy ognicho. Aaaa, i przede wszystkim mieliśmy co sprzątać - wspaniałe tereny leśne ;-) Specjalne podziękowania ślemy też w kierunku Karoliny - za jej wsparcie, zaangażowanie i wiedzę merytoryczną, którą przekazywała nam permanentnie podczas spotkania.

Na początku spotkania podzieliliśmy się na trzy grupy. Przygotowane były dla nas trzy trasy, które mieliśmy wysprzątać: fioletowa, pomarańczowa i zielona. Każda grupa otrzymała mapkę, a Karolina wytłumaczyła dokładnie przebieg poszczególnych tras.




Po rozdaniu worów i rękawiczek ruszyliśmy w teren. Słońce zaczęło już przebijać się przez chmury. Pogoda była idealna na spacer po lesie, podczas którego wypatrywaliśmy śmieci i żwawo wrzucaliśmy je do worków. Każda grupa wykonała swoje zadanie - wory zostawialiśmy w specjalnie wyznaczonych do tego celu miejscach.





Niektórzy pod koniec wędrówki byli bardzo zmęczeni, ale znalazła się dobra dusza, która pomogła w tych trudnych chwilach ;-)



Oprócz śmieci w lesie znaleźliśmy też różne ciekawe okazy fauny:





i flory:




Po wysprzątaniu wyznaczonych tras przyszedł czas na krótką, ale baaardzo pouczającą lekcję na temat zanieczyszczania środowiska i wpływu śmieci na zwierzęta, którą przygotowała dla nas Karolina. Myślę. że lekcja zapadła na długo w pamięci nie tylko najmłodszym uczestnikom spotkania.

Na koniec przyszedł czas na zasłużony wypoczynek przy ognisku. Były kiełbachy i bułeczki Emilki :-)) przy których trwały niekończące się geopogaduchy, wymiany PWG, logowanie TB itp. W międzyczasie wszyscy, którzy mieli na to ochootę mogli wspiąć się na Dostrzegalnię i podziwiać z góry piękne widoki. 





A na pamiątkę tego wydarzenia wybity został taki oto woodcoin, którego otrzymali wszyscy uczestnicy spotkania.



Bardzo serdecznie dziękujemy wszystkim, którzy dotarli na spotkanie. Mamy nadzieję, że spędziliście czas miło i pożytecznie. A na koniec jeszcze krótki filmik, będący idealnym podsumowaniem posta - dzięki udash69 :-))


P.S. Autorami zdjęć zamieszczonych w poście są: mstachul, happinessKP i udash69.



niedziela, 18 września 2016

Oborniki napadają "GEOpyrę"


Wszystko zaczęło się w listopadzie 2015 roku. Zerknęliśmy na mapę skrzynek w okolicy i nagle coś się na niej pojawiło układając się w napis „GEOpyra”. Zaczęło się czytanie logów, studiowanie mapy i nieśmiałe planowanie skoku na pierwszą z liter. Oficjalnie rozpoczęliśmy zdobywanie GEOpyry 14 listopada, w dniu, w którym nie bardzo mieliśmy co ze sobą zrobić i jedynym słusznym zajęciem dla rozbrykanej młodzieży było przeciągnąć ich po lesie. 


Pojechaliśmy więc do lasu zabierając ze sobą telefon z nowo wgraną aplikacją i w ramach jej testów ruszyliśmy po skrzyneczki. Planowaliśmy wiele, ale las szybko zweryfikował nasze założenia. Utknąwszy w malinowych chaszczach, nagle wszystko się odechciało. W dodatku szalejące kordy i szybo rozładowująca się bateria, skutecznie spowalniały nasze kroki. Nie poddaliśmy się jednak i już po kilku dniach wróciliśmy do lasu, by w deszczu podejmować kolejne skrzynki.

Bonus, który dodał skrzydeł

I tak minęła nam zima, bo wtedy właściwie najwięcej czasu spędziliśmy na poszukiwaniu skrzyneczek w Puszczy Noteckiej. Maszerowaliśmy we mrozie, w deszczu, nawet wtedy, gdy gdzieś w pobliżu było polowanie. W lesie jak już do niego trafialiśmy spędzaliśmy od 2 godzin do nawet 8-9, w zależności od warunków atmosferycznych i możliwości fizycznych najmłodszych keszerów. Cel był jeden – zdobywać kolejne skrzyneczki w ramach poszczególnych liter. Przy okazji pojawiały się litery i cyfry potrzebne do rozwiązania zagadki finałowej, która nieoczekiwanie opublikowana została w grudniu 2015 roku. I tu zrobiliśmy coś co może wydawało się niemożliwe, ale zdobyliśmy skrzynkę bonusową posiadając zaledwie 3 lub 4 cyfry z logbooków. Wystarczyło, że bacznie obserwowaliśmy okolicę, a dane do rozwiązania tej zagadki wpadły nam same. To był moment przełomowy, bo dzieci troszkę znudzone ukrytymi w lesie PETami potrzebowały czegoś więcej. Tym czymś był bonus, który dał im kopa i zachętę do zdobywania kolejnych skrzynek. W ten oto sposób ruszyliśmy dalej.
Wraz z końcem zimy projekt GEOpyra odstawiliśmy na dalszy tor. Stwierdziliśmy, że wrócimy tu przy najbliższej okazji, ale ta jak się później okazało nadeszła dopiero po kilku miesiącach. To właśnie w lipcu mając kompletne znalezienia w obrębie liter „GE..pyra.”, postanowiliśmy rozpocząć i skończyć literę „O”. Ale nieee – puszcza lubi się bronić, jak nie mrozem to pustynnymi gorączkami i bardzo bujną jak na puszczańskie warunki roślinnością. Lipcowa wyprawa dała nam w kość i to właśnie wtedy stwierdziliśmy, że na finał poczekamy do jesieni, kiedy to już komary pójdą spać, będzie chłodniej i  paprocie powiędną.

Nieoczekiwanie, podczas II Urodzin GEOpyry w  Żarnowcu okazało się, że to w ramach GEOarta puszczańskiego powstały kolejne dwie litery. Dzieci do tej pory troszkę niechętne zdobywaniu kolejnych puszczańskich skrzynek nagle ożyły i zaczęły się interesować sprawą. Kiedy zwietrzyły możliwość zdobycia kilkunastu FTFów, w zasadzie nie było mocnych by nie pchnąć sprawy do końca. I udało się, po intensywnym tygodniu włóczenia się po lesie i zdobyciu kolejno skrzynek w literkach „pl” nadeszła pora na nieskończoną literę „O”. Im bliżej byliśmy końca, tym bardziej młodzież rwała się do lasu.

Widać już koniec

Ostatecznie skończyliśmy projekt w niedzielę 18 września o godzinie 10:15. Łatwo nie było, ale za to zawsze było przyjemnie, bo naszym głównym założeniem Geocachingowym jest to, by w ramach tej zabawy miło spędzać czas. I tak też go spędzaliśmy nie zważając na czas, nie ścigając się z nikim i nie robiąc nic za wszelką cenę. Projekt wykończyliśmy w ramach piętnastu wypraw. W tym czasie organizując prawdziwe wyprawy z prowiantem, piciem i całym niezbędnym zaopatrzeniem, przemierzyliśmy blisko 90 km., wędrując puszczańskimi ostępami. Spotykaliśmy w tym czasie przeróżnych ludzi, ale znacznie częściej leśne zwierzęta. O tych najciekawszych jak wilki, dziki i jelenie oraz sarny staraliśmy się pisać w logach by nasi następcy wiedzieli czego w tym rejonie mogą się spodziewać. W logach pomijaliśmy za to kwestie techniczne dotyczące dojazdu do poszczególnych miejsc, ale za to wpisy takie robiliśmy na GEOpyrowym profilu FB.

Garść szczegółów technicznych

Coraz częściej jednak otrzymujemy zapytania w sprawie puszczańskiej GEOpyry i stąd pomysł, by podsumować zdobycie GEOarta niniejszym artykułem, w którym chcemy zawrzeć wszystko co najważniejsze, a co może kolejnym keszerom pomóc w planowaniu zdobywania tutejszych skrzynek. Zacznijmy od tego, że Puszcza Notecka to nie byle jaki las. To specyficzna kraina pokryta zwykle suchymi borami sosnowymi, niemal w całkowicie pozbawiona możliwości jej przemierzania pojazdami silnikowymi. Tu nie można wjechać autem, a tym bardziej zostawiać go na leśnych duktach. Straż Leśna nie śpi i wielokrotnie mieliśmy okazję widywać ją w lesie podczas naszych spacerów, a z tego co wiemy ktoś już nawet za niefrasobliwość miał okazję zapłacić. Miejsc parkingowych w poszczy jest niewiele, ale przy przestrzeganiu pewnych zasad można skorzystać z postoju w kilku innych miejscach. Poniżej wykaz miejsc, gdzie można parkować. Literką (P) oznaczyliśmy parkingi leśne natomiast literą (S) miejsca utwardzone będące tymczasowymi składnicami drewna, na których można pozostawić auto.


Miejsce postoju
Litery w pobliżu
S
52.734998, 16.540268
GEO
P
S
52.715406, 16.584318
52.708458, 16.604567
Opy
P
52.716256, 16.616150
yr
S
52.732487, 16.680410
ra.pl

W miejscach tych parkujemy tylko na utwardzonym gruncie, a na składnicach albo wzdłuż drogi, albo w miejscu po składowanym drewnie. Pieszo i rowerowo można przemierzać lasy bez ograniczeń.
Na zdobywanie GEOpyry polecamy miesiące jesienne i zimowe. Wraz z nastaniem wiosny i lata zaczynają się komplikacje w postaci upałów, insektów i okresowego zakazu wstępu do lasu. Pamiętajcie też o tym, że spojlery to nie świętość. Puszcza żyje, zwierzęta grasują, a gospodarka leśna toczy się swoim rytmem. To co jeszcze miesiąc temu było lasem, dziś może być już zaoraną porębą. Kordy są tu w miarę dokładne, ale w niektórych miejscach robią psikusa i potrafią szaleć. Sprzęt dobry zawsze pomaga, ale warto zabrać ze sobą powerbank w razie gdyby nagle siadła bateria. No i jeszcze jedno – zasięg telefoniczny to tutaj rzecz ulotna i to bardzo, szczególnie w okolicach liter „EO”.

Dzieci są dociekliwe – czyli nie wszystko jasne

Na koniec takie spostrzeżenie z ostatnich dni puszczańskiego keszowania. Może i bym o tym nie pisał, ale dzieci dociekliwe są i drążą temat, więc uznałem, że temat trzeba podjąć zanim one podejmą podczas jakiegoś eventu. Otóż zdobywając GEOpyrę dotarliśmy absolutnie w każde miejsce, w którym są kesze. W jednym przypadku nie dokonaliśmy wpisu do logbooka, gdyż przy mojej wadze i częściowo niesprawnej dłoni rzeczą niemożliwą było wspięcie się na cienką czeremchę i zdjęcie skrzynki wiszącej ok 4-5 metrów nad ziemią. Tą skrzynkę z bólem ale zaliczyliśmy zaocznie, widząc tylko pojemnik (dzieci na drzewa nie wrzucam, chyba że do 3 metrów wysokości). Druga sytuacja to wypisany jeden długopis i zgubiony drugi przy jednej z liter, ale tu o ile mnie pamięć nie myli wróciliśmy później uzupełniając wpis. Niestety będąc ostatnio w puszczy i znajdując poszczególne skrzyneczki okazało się, że nie zawsze wszyscy wpisują znalezienia do logbooka. W trzech przypadkach jestem w 100% pewien, że maskowanie skrzynek nie było ruszone od co najmniej 9 miesięcy (leśnik takie rzeczy widzi). A wszystko to zaczęło się w jednej ze skrzynek, gdzie po drugim podejściu w końcu udało się ją znaleźć i o dziwo w logbooku wpisaliśmy się jako drudzy, podczas gdy w internetowym logbooku widniało 9 wpisów. Zbieg okoliczności, że ciężko znaleźć skrzynkę i każdy w tym miejscu zaniemógł nie pozostawiając wpisu ? Dzieci zaczęły się pytać, „tato, a dlaczego nikt się tu nie wpisał, dlaczego nie ma tej czy tamtej pieczątki, a w logu zaznaczono, że skrzynka znaleziona”. No właśnie dlaczego ? Temat jakoś wyprostowałem, ale pytanie pojawiło się przy kolejnej skrzynce i kolejnej, mimo że tam wpisów było już więcej, ale i tak były to wpisy zeszłoroczne. Nie wskazuję tu nikogo konkretnego, napisałem ogólnie by nikogo nie urazić bo wielu z Was znamy i lubimy. Chcemy tylko zasygnalizować pewien problem, który gdzieś tam pod koniec naszej drogi się ujawnił.



Niech więc zakończeniem tego długaśnego artykułu o puszczańskiej GEOpyrze będzie przypomnienie, że Geocaching to zabawa, a nie wyścig po jak największą ilość zdobytych czy też nie skrzynek, nie nabijanie statystyk by zdobyć kolejny level. Pamiętajcie, robicie to chyba dla siebie, a jeśli nie to warto się nad tym wszystkim zastanowić. W imieniu swoim i moich dzieci życzę wszystkim zdobywcom GEOpyry by czerpali z tej zabawy samą przyjemność, by każdy kesz był dla nich wyjątkowy i tak też go traktowali dbając o ten wyjątkowy w skali kraju GEOart (także poprzez odpowiednie maskowanie odkładanych skrzynek).
W razie czego służę pomocą i doświadczeniem nabytym w puszczańskich borach. Zapraszam na GEOpyrę do Puszczy Noteckiej.
Hubi_TZ

wtorek, 30 sierpnia 2016

Powspominajmy wakaje z Wikingami


Sobotnie popołudnie zapowiadało się świetnie choć zarazem i nieco traumatycznie. Czy Frodo znów okaże się szybszy? :-) ? Ale po kolei. 



Nie tak dawno bo w wakacje Tomek2102 zaprosił nas do poznania dość ciekawej gry - "Szachy Wikingów". Zabawa tak się spodobała, że Tomek skrzyknął nas jeszcze raz i o dziwo tego dnia pola do gry nie zostały ani przez moment bezpańskie. Grała pokaźna grupka zmieniając się co chwilę w zespołach. Jeśli mowa o "Szachach..." to warto wiedzieć, że ta gra to właściwie Kubb (od szw. en kubb - klocek, blok) i co ciekawe z Wikingami ma tyle wspólnego co my z zawieszaniem naszych keszy na znak protestu. Czyli NIC. 
Reguły gry pokazuje nam niniejsza animacja lub film.
Teraz już wszystko jasne. Czy wiecie, że od 1995 roku w Gotlandii rozgrywane są Mistrzostwa Świata w tej grze?? I jeszcze jedno: grę wymyślili Szwedzi na początku lat 90-ych. Tyle newsów ze świata sportu. 
Eventowi towarzyszyła piękna pogoda kończącego się lata (dobrze, że Park Czarneckiego miał w sobie trochę cienia) i duża frekwencja.  Założyciel objaśnił zasady ostatnio nieobecnym a obecnym cierpliwie przypominał co z czym się je. Z eFKą mieliśmy jeszcze jeden epizod z Szachami w Czechach. Czesi bardzo ochoczo grają organizując nawet swoje mistrzostwa, które mieliśmy okazję dwa tygodnie temu obserwować na obszarze złożonym z piętnastu pól. Oczywiście też zagraliśmy.
Temat przewodni eventu napędził do zabawy również najmłodszych zbijających raz za razem stojące figury. Integracja.
Zazwyczaj o czymś gadamy i coś przy okazji robimy. Tym razem graliśmy przy okazji gadając o wakacjach, planach, ciekawszych skrzynkach i świeżo odpalonych trailach. Bardzo miło spędzone popołudnie a Frodo jest fpożo.

 dziękujemy za zaproszenie
już nie mogąc doczekać się kolejnego lata
udash
sześćdziesiątydziewiąty

niedziela, 21 sierpnia 2016

B.B. - Bąbeliada Boann.

W ubiegłą sobotę spotkaliśmy się po raz kolejny na Marcelinie. Boann wymyśliła dla nas Bąbeliadę. 
Godzina nie rozpieszczała - sobota 9.00 to dla niektórych środek nocy. A jednak...
Event w zamyśle był bąbelkowo - balonowy. Jak na wakacyjny czas i wyjazdy na miejscu zgromadziła się nas niezła grupka GEOzapaleńców. Boann przemyślała wszystko z detalami. Od babeczek i słodkości, przez napoje aż do rozgrywek w sztuce panowania nad bańkami. Założycielka eventu zarządziła formę triathlonową zawodów w myśl zasady „citius, altius, fortis” czyli "szybciej, wyżej, silniej".  Konkurencje były następujące: bieg z bańką ze startu wspólnego, chwytanie baniek na ilość oraz największa wydmuchana bańka.



Zwycięzcą bąbelkowych zawodów został tomek2102. Kolejne miejsca zajęli: Zuzialol i TomekZy.  

Zwycięzcy zostali udekorowani medalami a uczestnicy otrzymali zestawy do puszczania baniek. Klasa!!! Reszta niestartujących zajęła się dopingiem.
Zawodom towarzyszyły oczywiście geopogaduchy dla których nawet gdybyśmy wygospodarowali cały dzień to i tak by było mało. W okolicy roi się od keszy, więc uczestnicy korzystając z okazji co i rusz udawali się w kierunku lasu oraz pobliskiej górki by podbić licznik znalezień.

Na uwagę zasługuje okazjonalny logbook w kształcie oczywiście bańki. Dla odmiany szklanej.  Takiego jeszcze nie widzieliśmy. Dodatkowo Organizatorka przewidziała drewniaki z motywem wiadomo jakim. Bardzo cieszy również uczestnictwo w evencie najmniejszych geokeszerów, którzy zwyczajowo wyszalały się w towarzystwie wiernych nam czworonogów (Bonity i Frodo - porywających cyklicznie z kocostołu słodkości). 

Na koniec zacytuję Agnieszkę z Aune92Team, ktora w logu pod eventem napisala:
 "...bańki mydlane - znak firmowy dzieciństwa i wrota do krainy wyobraźni...".
dziękując Boann
za możliwość uczestnictwa 
udash
sześćdzisiątydziewiąty 

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

GEOpyra w Czecho-Słowacji

  TATRY - Kotlina Kłodzka




7 sierpnia (niedziela):
W zasadzie nic ciekawego. 23.45 pakujemy graty, siebie i dwa rowery do pociągu relacji Poznań - Zakopane by nazajutrz dotrzeć do podnóża Tatr. 

8 sierpnia (poniedziałek):
Na dworcu (9.00) w Zakopcu umówione spotkanko z Tomkiem i Jego Mamą, ceremonialnie przykazanie flagi GEOpylandii i kawka po słabo przekimanej drodze. Kierujemy się pod jebitną górę ku Morskiemu Oku i przejściu na Łysej Polanie. Przed nami dobrych 40 km pod górę a obciążeni jesteśmy jak smoki (każdy sakwy i jeszcze wór z namiotem i innymi udogodnieniami, który trzeba ciągnąć ze sobą - nigdy nic nie wiadomo).


Jak widać na focie odnajdujemy całkiem zacne miejsce na zupę czosnkową i browar. Kierujemy się na Słowacką stronę Tatr by pokonać podjazd pod Strybske Pleso - najwyższą wiochę w tamtych górkach. Na obwodnicy tatrzanskiej robimy przystanki by troszkę pokeszować. Wszystko w kordach i dzięki kolejnym "celikom" najtrudniejsza wspinka na trasie podróży idzie jak po maśle. Od kesza do kesza pod górę aż do awarii łańcucha który sie po prostu skręcił. Zakup nowego nie przynosi rezultató. Konieczny okazuje się zjazd do popradu (13 km z górki) i bez pedałowania by w jednym z serwisów założyć nowa kasetę na tył. Trudno. Pociągiem podjeżdżamy do miejsca przerwania trasy by znaleźć nocleg na posesji byłego słowackiego kolarza. Oczywiście jak fart to fart bo nocleg znajdujemy za wstawiennictwem barmana. Klasyk. W 10 minut i trzymamy w rękach klucze do mieszkania. Po 84 km zasypiamy jak stonki.

9 sierpnia (wtorek):
Rano budzi nas starsza pani pielęgnująca rabatki. Pogadalim, kawy napilim i w drogę. Podjazd pod Strybske Pleso nie należał do najłatwiejszych. Ukoronowanie stanowił poziom jeziora z którego widzimy panoramę na południową część najwyższego pasma w tym rejonie. Rysy i Krywań na wyciągnięcie ręki a my na rower i w dół do Liptowskiego Mikulasza - całe 35 km ostrej jazdy z całej epy z góry.
Po drodze oczywiście keszowanko czyli wyciąganie piskląt z budki dla ptaków. Jeden z fajniejszych keszy i bardzo ale to bardzo starannie wykonany. FAV jak malowany. Lądujemy na noclegu u przemiłego Słowaka - odpala nam naleweczkę i daje dyspensę na balety. Rano trzeba wstać. My nie odpuszczamy i idziemy na browar czyli jak codzień.

10 sierpnia (środa):
Kierunek Milówka. 80 km w strugach deszczu z przerwami na ciepłą herbate w przydrożnych knajpach. O zupach czosnkowych nie wspomnę. 
Tutaj odpuszczamy keszowanko. Wszystko mokre a wyciągnięcie nawigacji oznacza zalanie telefonu. Nawigację mam wgraną na twardy dysk w głowie. Kilometr za kilometrem, kałuża za kałużą. Nie odpuszczamy bo prognozy są bardzo niepomyślne i wiemy, że i tak zmokniemy. Głodni, zziębnięci i całkowicie wyczerpani pałaszujemy KWAŚNICĘ w hotelowej restauracji. Brawa dla kucharek. To wszystko co o kwaśnicy  mówią to prawda - kwaśna, na baranich żeberkach i z pyrami!! Misia na wspomnienie dzisiejszej pogody trzęsie się jeszcze jak galareta.

11 sierpnia (czwartek):
Dopadamy rano rowery i korzystając z ładnej pogody wbijamy się do Koniakowa - najwyżej położonej wiosce w tej części Polski. Trzeba zakeszować!!! Pod kościołem w Koniakowie, w czasie krótkiej przerwy zdobywamy cennego kesza. Cennego, bo.... ŚLĄSKIE zdobyte!!!!! Znów kolejne województwo na mapie kraju zapala sie na zielono. Złota odznaka PTTK coraz bliżej. Jeszcze kilka wycieczek i będzie w zasięgu ręki. 
Tego dnia robimy maksa maksów czyli 146 km z sakwami po górskim terenie. Kto jeździ ten wie jaki to koszt. Opava, w którą celowaliśmy, okazuje się pustynią noclegową i po kilkugodzinnym poszukiwaniu wracamy do iluś tam gwiazdkowego najdroższego lokum w mieście.

12 sierpnia (piątek):
Tego dnia robimy 105 klocków po okolicach Ostravy w kierunku zachodnim. Po wczorajszej przecierce idziemy jak kuny chwytając każdy oddech podwójnie. Góra, dół, góra, dół, góra dół. Nudno ale i najbardziej malowniczo. Celem jest Stumperk skąd pozostaje nam na drugi dzień do zrobienia jakieś 40 km do Kralik gdzie zamierzamy zakończyć podróż. Oczywiście w przerwach między podjazdami trafiamy kolejne skrzynki.


Lokujemy się w pensjonacie "Na Chałupkach". Rodzinna atmosfera z dobrą kuchnia w tle rozleniwia nas do zera. Spożywamy wieczornego browara, utopence (marynowane parówki), grilovany harmelin (ichni ser) i kożlinę. Rarytasy.

13 sierpnia (sobota):
Tu sprawy nabierają tempa a to za sprawą konieczności znalezienia się w ekspresowym tempie w miejscowości Kraliky gdzie dwa lata temu zakończyliśmy swoją podróż ze Zgorzelca tamże. Około 13.00 przekraczamy rogatki Kralik po 40 km walki o oddech. Tu na rynku przybijamy z FKą pionę!!!! Ta piona ukonstytuowała zamknięcie południowej granicy Polski. Dla niewtajemniczonych powiem, że nasze coroczne tripy maja na celu objechanie Polski dookoła. Odcinek od Zgorzelca do Przemyśla został pokonany!!!
Cel podróży połowicznie został osiągnięty i lądujemy na dworcu. Teraz czas na muzyczne przygody. 

Drugim celem naszej wycieczki był koncert czeskiej metalowej grupy NANOVOR, którą widzieliśmy dwa lata temu w okolicach Polic. po tym co zaprezentowali dwa lata temu na scenie w tym nie może być gorzej.
Musimy się teraz teleportować ponad 100 km co czynimy za pomocą vlaka (pociągu). Konduktorzy, obsługa pociągu, panie w kasach i wszyscy inni pomagają nam jak mogą kombinując ile wlezie by wysmyczyć najlepsze dla nas połączenie kolejowe do wsi Vrsovka - miejsca koncertu i innych magicznych rzeczy. Wieczór zapowiada się zacnie. Szybka kąpiel w hotelu i jeszcze tylko 5 km by usiąść na festiwalowej trawie.
O godzinie 19.03 zajeżdżamy na miejsce. To zupełnie inne miejsce grania niż w Polsce. Publikę stanowi zazwyczaj kilkudziesięciu czeskich metali, którzy wraz z wybrankami brykaja wesoło pod sceną. Zazwyczaj bryka jedna, góra dwie osoby. Tak bawią sie czesi - bez oporów i z całego serca. Zespół grał 7 godzin wszystko co w repertuarze mają: Led Zeppellin, Deep Purple, AC DC, Iron Maiden, Manowar i inne topowe dla nas bandy. Po pierwszym godzinnym secie idziemy przywitać się z chłopakami. Jirka Kejzlar, wokalista, poznaje nas od razu bo zapowiedzieliśmy kilka tygodni temu nasz przyjazd. Patrzy z niedowierzaniem bo chyba dotąd wątpił w naszego tripa. Udało się: stajemy oko w oko z zespołem na scenie po sześciuset pokonanych kilometrach. FK oczywiście zaczyna wszystkich całować. 
Drugi set rozpoczynają od przedstawienia nas ze sceny, wytłumaczeniu kamratom sytuacji rowerowej i dedykują nam, a jakże, "Born to be wild" i "Highway to hell"!!!! Dość komponujące się z naszą wyprawą tytuły. Czesi zaczynają nas inaczej postrzegać przychodząc i częstując dobrami wszelakimi bo do tej pory patrzyli jak na przybyszów z Matplanety. Bawimy się tak do 2.00. Tańce wolne z dwulatkiem na rękach pod sceną to tutaj standard.
Najmagiczniejszy wieczór muzyczny jaki miałem okazję spędzić. 


14 sierpnia (niedziela):
Pokonujemy jeszcze 20 kilometrów przez Nachod do Kudowy, potem jeszcze Kłodzko, Wałbrzych i Wrocław by finalnie wylądować w Poznaniu późno w noc. Serdecznie dziękuję eFce za towarzystwo i wytrwałość, dwóm rowerom z nienaganną jazdę a chłopakom z Nanovoru dalszego grania przez długie, długie lata. 
Czechy są wspaniałe!!! Było warto.
udash
sześćdziesiatydziewiąty

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Rowerem przez Królestwo Niderlandów.

 




Goedemorgen Aardappelen !




     Moja przygoda z depresyjnym krajem zaczęła się w czerwcu. Pierwszym wyzwaniem było znalezienie towarzyszy do poszukiwań. Długo czekać nie musiałam – słuchając mojej opowieści z wspólnego ze sławnymi już GeoPyrkami wyjazdu na MRU i oglądając nasze zmagania na pamiątkowym filmie – zaraziłam pomysłem na spędzanie wolnego czasu – szyggsi. Kolejną moją "ofiarą" padła Ewka, która to w młodości działała w szeregach OC (oj te czasy już nie wrócą) a GC zyskało nowego członka załogi – papadarcie. Kolejnym problemem było znalezienie taniego środka transportu, ale i tu się udało. Razem z papadarcie możemy się pochwalić typowo holenderskimi jednośladami…


Będąc w Holandii czasem bardzo długo trzeba czekać by móc wyruszyć  na keszowanie rowerem…Kiedy w końcu przestaje padać, a słonko wyłania się zza ciemnych chmur, nie ma co się ociągać. Czas start!. Lipiec okazał się całkiem przyjazny, razem z Ewką, godząc pracę, pogodę i chęci udało nam się pięć dni pobuszować po pięknym terenie, pełnym niekończących się ścieżek rowerowych, wiatraków, kanałów i rzek. W sumie wykręciłyśmy ponad 250 kilometrów i znalazłyśmy około 50 skrzyneczek. W naszym bilansie znalazły się też DNFy, 
a największą porażką okazały się mulciaki – z trzech „przetłumaczonych” ani jednego nie udało się przejść do końca…no cóż może holenderskie myślenie różni się od naszego, któż to wie?!
 


 


Dobrze, że "tradycyjniaki" się nas nie boją i chętnie logują przybyszy z Polski. Ku wielkiemu zaskoczeniu maskowania nie różnią się zbytnio od naszych wielkopolskich, choć typowe pety są w innym kształcie niż te nasze…Czasem podpowiedzi dawały do myślenia, ale chyba właśnie o to chodzi żeby bawić się słowami…Zdziwieniem były jedynie szklane pojemniki, głównie słoiki – hehe czasem ciężko je się otwierało...








 Kończąc moją krótką relację pozdrawiam wszystkie GeoPyrki – do zobaczenia we wrześniu na II urodzinkach…Już nie mogę się doczekać !



 

  
 Groeten,
Tot ziens in september !


jolekka