wtorek, 25 kwietnia 2017

GEOpyra w Istebnej

Trzynastego kwietnia na całym świecie geokeszerzy spotykali się na kebabowych eventach. A skoro jest okazja na zdobycie souvenira oraz zaplanowany wyjazd w nowe okolice, to czemu nie zrobić własnego i nie poznać lokalnych geozapaleńców. I dzięki takiemu myśleniu opublikowany został event, o jakże dźwięcznej nazwie GEOpyra w Istebnej w Wielki Czwartek.

Na evencie na zielonym stoku narciarskim pojawili się przedstawiciele 2 krajów (Czech i Polski) w stosunku 3:3 (licząc ze mną). Szkoda, że nie było żadnego Słowaka, ale może następnym razem. Ku mojemu zdziwieniu nie było prawie żadnego problemu, żeby z zagranicznymi gośćmi rozmawiać po polsku. I chociaż nie jedliśmy kebabów (ani babek 😉) myślę, że każdy z uczestników mile spędził tę godzinę swojego życia.

Żebyście nie musieli googlować, gdzie ta Istebna jest (bo mam świadomość, że nie wszyscy będą wiedzieć) - województwo śląskie, Beskid Śląski, na południe od Wisły (miejscowości, tej od Małysza). Obok niej znajduję się Trójstyk, czyli granica Polsko-Czesko-Słowacka (idealne miejsce dla statsiarzy (ale nie tylko), bo aż 3 kraje można w jeden dzień zrobić 😉). Tak w ogóle to bardzo piękne tereny - polecam na wakacje, szczególnie zimowe.

Xiankowaty01

Geopyra pokonuje THORGALA

Niedziela. 23. kwietnia 2017 r. Dziś miała miejsce wcześniej zapowiadana premiera mrocznej serii THORGAL autorstwa nosferatu7. Kesze zlokalizowane w okolicy Nowego Tomyśla. Z serią postanowiliśmy się zmierzyć wspólnie z Suavis&Jarodem, mstachulem i aune92team. W tak doborowym towarzystwie zapowiadała się wspaniała zabawa. Czy tak było? Oceńcie sami ;-)

W Nowym Tomyślu byliśmy już bladym świtem, bo jak inaczej nazwać godzinę 7.00 rano w niedzielę! Po krótkim przywitaniu i pierwszej kawie wyruszyliśmy w teren. Byliśmy gotowi na zajadłą walkę o FTF-y, ale obyło się bez niej, bo byliśmy odosobnieni w zbieraniu serii. Po południu, między godz.13.00 a 14.00 dołączyła do nas jeszcze jedna Geopyra - Slimaki39.

 
Pomysł na serię bardzo fajny. Większość skrytek pomysłowa, spójna z tematem i klimatem THORGALA (niektóre skrytki ciekawie byłoby podejmować w nocy :-)). Urocze miejscówki, które nadawały niepowtarzalny klimat keszom - opuszczone domostwa, bagna, mokradła, gęsty las. 













Dodatkowo budowaniu napięcia sprzyjała aura - mgły, unoszące się opary, słońce zmieszane z niejednokrotnym gradobiciem. I... nietuzinkowe maskowania. Przywieźliśmy z wyprawy wiele zdjęć, ale pokażemy Wam tylko niektóre z nich, aby nadmiernie nie spojlerować. To tylko dwa przykłady oddające klimat serii.


video

Jak napisał w logu mstachul seria wzbudzała w nas skrajne emocje podczas pobierania  :-) Bawiliśmy się bardzo dobrze, choć były momenty irytacji - głównie związane z przekoszeniem kordów. Kesze w całej serii są bardzo urozmaicone zarówno pod względem rozmiarów (od mikro do large), pomysłowości maskowań oraz miejsc ukrycia. Wiele z nich zapamiętamy na długo. Widać duży wkład pracy autora w ich założenie. Wątpliwości mieliśmy co do niektórych zagadek - naszym zdaniem były to skrytki tradycyjne - kordy prowadziły do miejsca ukrycia kesza, a na miejscu pojemnik szybko wpadał w nasze ręce bez żadnej podpowiedzi. 

Nie wiem jak owner to zorganizował :-) ale niektóre kesze miały swoich nietuzinkowych strażników. Sforę psów, stado krów czy mrowie mrówek :-P






Do niektórych keszy nie daliśmy rady dotrzeć suchą stopą :-) Mieliśmy też okazję sprawdzić nasze zdolności inżynierskie.






Sam finał - bardzo trudny. Trzeba - oprócz spisywania pewnych znaków, co robiliśmy - starać się zapamiętać detale dotyczące każdego kesza z serii, o czym niestety nie ma mowy w listingu. Inaczej nie ustalicie kordów ukrycia finału. Mimo że podejmowaliśmy kesza w bardzo silnym zespole mieliśmy problemy z rozwiązaniem zagadki (bo finał jest zdecydowanie dwuetapową zagadką, nie klasycznym multi). Bez pomocy założyciela nie udało by nam się zapewne tego kesza znaleźć.

Seria jest wymagająca pod każdym względem: logicznym, logistycznym i czasowym. Jej podjęcie zajmuje bardzo dużo czasu. Przede wszystkim dlatego, że kesze są mocno rozproszone w trenie, co uważamy za największy minus tej serii, choć rozumiemy, że autor chciał ukryć kesze w miejscach dających im największą szansę na jak najdłuższe przetrwanie. Podjęcie całości - z małą przerwą - zajęło nam prawie 11 godzin. Na spotkanie z założycielem dotarliśmy z lekkim spóźnieniem, parę minut po 18.00.

Przemierzyliśmy w tym czasie pola i lasy...







Spędziliśmy niedzielę na świeżym powietrzu, w pięknych okolicznościach przyrody...









Niesamowitą atmosferę wyprawy zbudowała też niewątpliwie cała nasza ekipa :-) Było dużo śmiechu, zabawy, rozmów, żartów. Mimo zmęczenia dobry humor nie opuszczał nas do samego końca. Cytując jeszcze raz mstachula "na długo pozostaną wspomnienia z rzutu torebką i skoku Asia przez rowek, wrzasku przy pająku, licznych moich pomyłek w nawigacji (...), psiego hipnotyzera Mirka, odwagi Agi przy podejmowaniu "oka", zmoczonych nóg Patryka, licznych Waszych "głupawek", żartów i dużo dużo zabawy oraz niektóry przestrzelonych kordów autora, które nas nie zatrzymały."



 



Wróciliśmy do domu zmoczeni (nie tylko podającym w międzyczasie gradem, ale również wodą z bagien), zmęczeni, ale bardzo zadowoleni, że udało nam się pokonać THORGALA i przede wszystkim, że spędziliśmy przemiłą niedzielę. 
zdjęcia: mstachul, Suavis, Jarod
filmik: aune92team

środa, 12 kwietnia 2017

Szczeżuja – Anodonta czyli uzdatnianie wody po pyrlandzku



Deszczowe, piątkowe popołudnie – mój debiutancki event, ale jednak już na 30 min przed spotkaniem pojawiają się pierwsi zabłąkani przybysze.  Niektórym bardzo zależało na przybyciu na wydarzenie i przychodzili chorzy, a jeden nawet uciekł ze szpitala. tomek2102 pokazał już kiedyś co się dzieje ze ściekami wychodzącymi z naszych domów, a ja postanowiłem pokazać jak woda dochodzi do naszych kranów. Dzięki naszemu przewodnikowi Panu Grzegorzowi mogliśmy zobaczyć na czym polega proces uzdatniania wody. Jest on bardzo skomplikowany i wymaga wielkiej wiedzy przyrodniczo-inżynierskiej.
Proces przygotowania wody do picia rozpoczyna się od ujęcia wody z rzeki Warty i przepompowania jej na stawy infiltracyjne, pod dnem których znajduje się gruba warstwa piasków która jest naturalnym filtrem, przez który przesiąka woda. Dzięki nim nabiera charakteru wód podziemnych, bogatych w magnez, wapń, sód i potas oraz żelazo i mangan wytrącany w późniejszym etapie oczyszczania wody. Przesiąkanie wody przez stawy i doprowadzanie jej przez specjalne lewary przez około 300 studni do Stacji Uzdatniania Wody trwa ok. 30 dni. W stacji uzdatniania wody, woda jest poddana natlenieniu, napowietrzeniu w celu wytrącenia związków manganu i żelaza. Rozpryskiwana pod dużym ciśnieniem wyłapuje z powietrza tlen, który łączy się z rozpuszczonym w wodzie manganem i żelazem. W komorze reakcji związki przechodzą z formy ciekłej w formę stałą czyli osad. Osad zatrzymuje się w filtrach pospiesznych. Filtry pospieszne to około dwumetrowa warstwa piasku, na którego ziarenkach osad oblepia się.
GEOTeam
Tak oczyszczona woda trafia do zbiornika retencyjnego, w którym następuje dezynfekcja wodą chlorowaną otrzymaną z chloru gazowego. Chlor niszczy bakterie, wirusy i zapobiega ich wtórnemu rozwojowi w sieci wodociągowej. Zdezynfekowana woda jest gotowa by popłynąć do naszych kranów, trafia do sieci wodociągowej i możemy ją pić bezpiecznie bez przegotowania.
W Stacji Uzdatniania Wody prowadzony jest też biomonitoring z wykorzystaniem słynnych Szczużuji. (niestety degustacji nie było)Te biedne stworzenia pilnujące czystości wody nie jedzą nic przez dwa miesiące, a jak się je nastraszy do wszczynają alarm dla całego miasta.
Zmarzliśmy jak diabli, ale po zwiedzaniu czekała na nas obwoźna kawiarnia z ciepłą herbatą i ciachem.
Najwięcej pytań zadawał Pikus70, dla którego był to pierwszy event, breathingshadow miał mnóstwo pytań, ale nie zdążył ich zadać bo uganiał się za swoim urwisem. WWalenciak zabrał w świat eventowego TB w postaci kropli wody. mstachul został naczelnym fotografem. Suavis przyszłą chora, a tym co uciekł ze szpitala był bartas.pl. Oczywiście była jeszcze cała banda innych geozakręconych – w sumie 27 osób. Firma aquanet podarowała nam garść gadżetów, o których zapomniałem i dostali je tylko najwytrwalsi. 

A na koniec jeszcze jedno. Pikus70 przypomniał nam piosenkę z Kabaretu Starszych Panów. Pozwolę sobie zacytować:
„Szuja, obrzydliwa larwa i szczeżuja!
Szuja - do najtępszych pierwotniaków rym!”
Okazuje się, że Szczeżuja wcale nie taka tępa.
GeoŻuber
Fot.
Mstachul
ost_mohikanin
mama GeoŻubrowa

sobota, 1 kwietnia 2017

GEOpyry primaaprilisują w Buczynie



Słoneczny wiosenny poranek i ta myśl …. czy aby dzisiejszy event to nie nie prima aprilisowy żart ?
Postanowiliśmy to sprawdzić. Szybkie śniadanie, spakowanie kilku niezbędnych rzeczy i po kilkudziesięciu minutach parkujemy przy lesie w miejscowości Nieszawa. Stąd zostaje już tylko krótki, bo kilometrowy spacer na miejsce spotkania. 

Dzik jest dziki, dzik jest …. tchórz :-)
Maszerujemy szeroką leśną drogą, wkoło tylko las i to znane wszystkim świeże wiosenne powietrze. Po lewej młodnik, po prawej jakieś zagłębienie i nagle … trzask, hałas, łamanie gałęzi. Za rzadko rozstawionymi drzewkami mignęła postać dzika. Erni2 podskoczył, Korcia przyspieszyła, ale to przecież tylko dzik. No tak dzik, a kawałek za nim kilka innych, dużo mniejszych, pasiastych i kolejne dorosłe osobniki. Stanęły, locha fuknęła, nam serce zamarło. Locha robi krok w naszą stronę, my zastanawiamy się czy uciekać czy krzyczeć. Chrum, chrum.... W końcu dziki ruszyły dalej, a my jak wryci stoimy w miejscu. Korcia z Ernim2 mają oczy jak żarówki, ja liczę warchlaki 1, 2, …...13, 14, 15, a może i więcej bo kto to może tak szybko liczyć. Były, pięćdziesiąt metrów od nas i na szczęście żaden nie pisnął.
Z tego miejsca już widzieliśmy dwie postacie stojące na skraju lasu. Ruszyliśmy na miękkich jeszcze nogach w ich kierunku i już po chwili rozpoznaliśmy, że jest to Ródy oraz DFMAM czyli inicjator dzisiejszego spotkania.
Ale przecież kordy spotkania to nie tu... Wiadomo google mapy szaleją, GPS-y też, więc stanęliśmy na skrzyżowaniu dróg i rozmawiając wyłapujemy „tłumy” keszerów wędrujące po lesie. Mniej więcej po 15 minutach rozmów i wypatrywania pozostałych bywalców, naszym oczom ukazała się sylwetka wędrowca. Taaak !!!! To Valentin02 we własnej osobie, a więc nie jest źle. Przemieszczamy się na właściwe kordy, by sprawdzić, czy w trawie ktoś nie uciął sobie drzemki. Na kordach pierwotnych organizator eventu umieścił karteczkę z informacją o zmienionych kordach, więc może jednak ktoś jeszcze się tam znajdzie. Ale nie, tak nie było. W kameralnym gronie samych miejscowych keszerów (Valentin02, to w końcu nasz człowiek) rozmawiamy o okolicach i robimy okolicznościowe, a zarazem grupowe zdjęcie, po czym udajemy się łowić pobliskie kesze, których z różnych przyczyn wcześniej nie udało się podjąć.
Geo-zwierz
W ten sposób trafiamy do „Bagna” czyli zagłębienia w samym sercu rezerwatu „Buczyna”. Po drodze rozmawiając o sposobach przechytrzenia dzików trafiamy na 2, a może i trzy jelenie, zdziwioną całym zajściem wiewiórkę i zupełnie zobojętniałe dwie kaczki. Nieopodal znajduje się skrzynka schowana w takim miejscu, że krew krzepnie w żyłach. Po ostatnich deszczach wody przybyło i jak tu się teraz dostać suchą nogą. Ale jest na to sposób. Nie zdradzając szczegółów powiem tylko tyle, że sposobem zawsze jest ochotnik, a najlepiej dwóch, którzy wyręczą mniej sprawnych ruchowo i odwalą najgorszą robotę (hi hi). Ale żeby nie było, w tak licznym gronie wszyscy wzięli się do pracy i skrzyneczka po wpisaniu się do logbooka w mig została wymieniona i wypełniona po brzegi gadżetami, tak żeby zachęcić innych keszerów do wizyty w tym miejscu i  żeby nie było że zdobyta została bez wysiłku.

Tutaj w zasadzie kończy się mój udział w eventowym keszowaniu. Musimy wracać do domu, a pozostali uczestnicy obierają kierunek na kolejną skrzyneczkę zlokalizowaną w okolicach pobliskiego paśnika, a także kopalni czarnoziemu. Tam też jak się dowiedziałem spotykają  mstachula, który właśnie pędził na pierwotne kordy eventu.


Wiosna, kwiatki i …... oleice
Przez cały czas trwania eventu, podczas rozmów, spaceru, zdobywania skrzynek, mieliśmy do czynienia z budzącą się do życia przyrodą. Dosłownie po wejściu na leśną drogę dopadły nas motyle rusałki pawika, które po przezimowaniu „pasły” się nektarem kwitnących wierzb, tuż obok na kwiatach podbiału pospolitego brzęczały pierwsze pszczoły. Później spotkaliśmy wspomniane wcześniej dziki, a już po chwili skromne kobierce zawilcy gajowych. Dzieci natomiast zainteresował pewien owad – oleica fioletowa, który dość licznie pętał się pod nogami, a który można rzec jest niezwykle trujący, wręcz śmiertelnie trujący. Oleice wydzielają w zgięciach nóg i czułek zółtawe kropelki cieczy o nazwie kantarydyna. Już 0,02-0,03 g tej substancji może posłać człowieka na tamten świat, a trzeba wiedzieć, że substancja ta świetnie wchłania się przez skórę. Faktem jest, że aby uzyskać taką dawkę potrzeba kilku owadów, ale już samo dotknięcie oleicy może się skończyć bolesnym i ciężko gojącym się bąblem. Nie chwytajcie więc owadów, nawet jeśli się do Was uśmiechają :-)


 
I tym optymistycznym akcentem zakończyliśmy nasz udział w prima aprilisowym evencie i sobotnim poznawaniu okolicznej przyrody. Mieliśmy okazję zobaczyć kolejne nieznane nam ostępy  „Buczyny” i przy okazji porozmawiać o geocachingu, w nielicznej ale bardzo pozytywnie nastawionej grupie keszerów. Jak na pełnowartościowy event przystało był logbook, była wymiana woodgeocoinów i było zdobywanie okolicznych keszy. W imieniu swoim jak i organizatora spotkania serdecznie dziękujemy za kolejną okazję do spotkania.
HubiTZ